Sławiński Kazimierz - Romański krzyż •Drukuj•
•Ocena użytkowników•: / 2
•Słaby••Świetny• 
  • Autor: Sławiński Kazimierz
  • Tytuł: Romański krzyż
  • Wydawnictwo: Iskry
  • Seria: Ewa wzywa 07
  • Zeszyt nr 84
  • Rok wydania: 1975
  • Nakład: 100275
  • Recenzent: Norbert Jeziolowicz
  • Recenzja: 47/2010



Akcja "Muzeum"

Powieść Sławińskiego zaczyna się od trzęsienia ziemi  - i to jakiego! A kiedy czytelnikowi wydaje się, że już szybciej być nie może, to na dodatek pojawiają się opóźnione wstrząsy tektoniczne i akcja przenosi się do zupełnie innego kosmosu.

Początek jest naprawdę mocny: rejsowy samolot Lotu z Wrocławia do Warszawy zostaje uprowadzony przez terrorystów (aczkolwiek w powieści ze zrozumiałych względów nie używa się tego słowa), którzy pragną dostać się do Wiednia.  W końcu  dzięki przytomności umysłu pilotów lądują  w Berlinie Wschodnim, gdzie zostają ujęci  przez dzielnych enerdowskich funkcjonariuszy. Zresztą jak wynika  pierwszych przesłuchań porywacze są raczej nieudacznikami, chociaż  należy przyznać, że i piloci radzą sobie świetnie z tą sytuacja., oczywiście, nikt z zakładników nie doznaje nawet zadrapania.

I właściwie akcji jest już tyle, że  po kilku stronach  ten zeszyt mógłby się skończyć, a i tak norma mrożących krew w żyłach wydarzeń byłaby zakończona. Ale tutaj okazuje się, że autor naprawdę miał pomysł: otóż po zajęciu samolotu przez służby opuszczeniu go przez pasażerów  okazuje się, ze pozostały dwie sztuki bagażu, jedna torba niewątpliwie należy do porywaczy, ale już w  neseserku  znaleziono złoty ozdobny łańcuch, złoty wysadzany kamieniami spoty krzyż oraz kilkanaście złotych figurek.

Jak się okazało, przedmioty te pochodzą z kradzieży w jednym z dolnośląskich muzeów. To znaczy z tej kradzieży pochodziły wszystkie poza złotym krzyżem, który został  przez rzeczoznawcę wyceniony na ponad milion złotych. Poszukiwania  sprawców kradzieży otrzymały kryptonim „Muzeum”, ale od jakiegoś czasu polegają bardziej na oczekiwaniu na „wypłyniecie” skradzionych przedmiotów.

Akcją „Muzeum” kieruje kapitan  Eugeniusz Miłosz z Komendy Głównej MO, ale śledztwo akurat stało się – postać pozbawiona znaków szczególnych i życia prywatnego, ale akurat w tej powieści nie ma to żadnego znaczenia. Bohaterem zbiorowym jest jednak cały aparat milicyjny, w tym także milicjanci z innych miast i wsi, którzy zawsze wymieniani są z nazwiska.

Prawie równocześnie z porwanie samolotu, pod Sochaczewem dochodzi do wypadku samochodowego , w wyniku którego zmarli dwaj pasażerowie białego polskiego fiata. A w bagażniku znaleziono resztę poszukiwanych przez kapitana Miłosza skarbów. Tak więc, okazuje się ż milicja odniosła sukces odnajdując skradzione antyki, jednak właściwie nic nie wie ani o sprawcach, ani sposobie dokonania kradzieży. Powiem szczerze tym razem to oderwanie od życia  prywatnego akurat w tym wypadku akurat mnie  w ogóle nie razi. Chyba  dlatego, że w ramach tej biegnącej do przodu akcji mamy wiele  ciekawych elementów peerelowskiej rzeczywistości, a i sama operacji MO prowadzona jest właściwie na terenie całego kraju i z oszałamiających rozmachem. Nie miałbym pewności czy obecnie coś takiego w ogóle jest możliwe. Na przykład Miłosz postanawia doprowadzić do konfrontacji  dwóch kelnerek z Warszawy z pewnym podejrzanym aferzystą z Wrocławia, to po prostu sprawa zostaje załatwiona poprzez dostarczenie  obu pań do Wrocławia w dniu kolejnym. Także i sam kapitan kursuje  się między Warszawą i Wrocławie ze zdumiewającą łatwością zmieniając tylko środki lokomocji.  Jeśli  danego wieczoru nie ma już samolotu do Wrocławia, to kapitan po prostu w ciągu kilku godzin dojeżdża do stolicy Dolnego Śląska służbowym samochodem.

Poszukiwania złotego romańskiego krzyża rozgrywają  się także częściowo w małej wioseczce, Sieklicach, w której których ruch samochodowy opisywany jest w sposób następujący: „trzy razy dziennie jeździ pekaes, kilka razy samochody pezetgieesu i pocztowy.”

Czytelnicy otrzymują  także poboczny w stosunku do głównej fabuły, ale za to smakowity opis akcji  organów ścigania zamykania nielegalnej fabryki wyrobów z dzianiny. W piwnicy pewnej  willi  znajdowały się nowoczesne maszyny produkujące modne sweterki z kradzionej dzianiny. Do wyrobów przyszywano metki kradzione z państwowych wytwórni – jak zauważa z odrazą autor powieści.

Niezbyt często możemy się także dowiedzieć szczegółów prywatnej działalności produkcyjnej w PRL: jeden z przesłuchiwanych świadków  relacjonuje np. uwarunkowania ekonomiczne  produkcji drucianych zmywakach (koszt produkcji jednego to dziesięć groszy, a sprzedawano go za złotówkę i jeszcze „szły jak woda”).

Nawet w sumie marginalny wątek porywaczy zostaje inteligentnie podsumowany: powodem takiego kroku dla jednego  z przestępców była dyskryminacja w PRL jakiej doświadczał w wyniku w wyniku ucieczki jego ojca  z wojskami niemieckimi (czyli chyba folksdojcza). Nie przyjęto go na politechnikę, musiał się zadowolić studiami wieczorowymi, nie mógł znaleźć posady, ponieważ nosił to samo nazwisko co ojciec.

No i jeden sympatyczny szczegół: policjanci z radiowozu wzywają centralę mówiąc: "Tu Ewa 07, tu Ewa 07…..”- odrobina takiej autoironii dobrze świadczy o autorze.