Milc-Ziembińska Urszula - Tajemnica „Elizabeth Arden” (WK) •Drukuj•
•Ocena użytkowników•: / 1
•Słaby••Świetny• 
  • Autor: Milc-Ziembińska Urszula
  • Tytuł: Tajemnica „Elizabeth Arden”
  • Wydawnictwo: KAW
  • Seria: seria Czerwona Okładka
  • Rok wydania: 1975, 1978
  • Nakład: 100000
  • Recenzent: Wiesław Kot
  • Recenzja: 126/2009

LINK Recenzja Anny Błaszczyńskiej

 

Szminka jaśnie dziedziczki

Autorka opatrzyła rzecz zastrzeżeniem, że „wszelkie podobieństwo nazwisk i sytuacji występujących w tej książce jest wyłącznie przypadkiem”. Ale nie musiała się aż tak zarzekać, ponieważ zamordowanie kobiety przy pomocy cyjanku potasu, jakim nasączono szminkę, to posunięcie zgoła niestandardowe. A kobiety szkoda, bo była zjawiskowo piękna: „Młoda, piękna elegancka; tyle tylko, że nie żyje” – reklamuje swemu podwładnemu kapitan Bogdan Czerwiński, który obejmuje śledztwo. Szybko wykrywa w szmince inkryminowaną truciznę i z punktu próbuje ustalić, kto podał denatce zatruty kosmetyk tytułowej marki Elizabeth Arden. I tu okular powieściowego mikroskopu przesuwa się nad kilkorgiem dosyć barwnych jak na burą milicyjna literaturę osób. Oto dyrektor Łukasz Niewiadomski, pan bardzo serio, który ma rodzinę, ale całe uczucie ulokował w pięknej podwładnej, teraz nieżyjącej Kindze Sosnkowskiej. Ta, zanim jeszcze opuściła ten padół związała się nieszczęśliwym związkiem z niejakim Kazimierzem Sosnkowskim. Który nazywał się jak słynny wódz naczelny polskich sił zbrojnych. Nasz Kazimierz był znacznie niższych lotów: pracował, i to z dużym trudem, jako korektor w wydawnictwie rolniczym. Wszystko, co mu zostało z potężnej kresowej fortuny mieściło się teraz w zwykłym blokowym mieszkaniu, które skutkiem tego przypominało zaplecze jakiejś „Desy”. Niemniej Kazimierz żył chwałą swego arystokratycznego nazwiska i uważał, że popełnił mezalians żeniąc się z sierotą o chłopo-robotniczym pochodzeniu. Milicja wychodząc ze słusznych marksistowskich założeń uważa go za błazna. Ale nie tak całkiem pozbawionego instynktu klasowego. Bo Kazimierz S. bardzo obawiał się tego, że jego arystokratyczna matka mogła co nieco ze spadku zapisać jego żonie metoda konta na hasło. A jemu pozostałaby tylko sława przodków. A w kolejce do spadku ustawiła się jeszcze Helena Bargowska, też primo voto Sosnkowska, która po spodziewane walory przybyła aż z Brazylii. A jest jeszcze przyjaciółka zmordowanej, Ewa Niewczas, ta która namawiała - na co są świadkowie – Kingę do pociągnięcia sobie ust szminką. Tą z cyjankiem. Ale Ewa zyskuje poważny atut: wpada w oko kapitanowi Czerwińskiemu: „Trudno zaprzeczyć, że podobała mu się. Bardzo chciał wierzyć w to, że on jej podoba się także. Nie miał ochoty na zadawanie dalszych pytań, a jeżeli już, to nie związanych ze sprawą śmierci Kingi”. Co tu deliberować: skoro kapitan się w niej kocha, to kobieta natychmiast usuwa się poza nawias podejrzeń. Zwłaszcza, że kapitan reaguje na coraz to nowe okoliczności jak żabie udko na prąd elektryczny: „Czerwińskiego zelektryzowały te słowa. Spokojnie jednak upił łyk koniaku, zastanawiając się nad wyborem kanapki”. Naelektryzowany kapitan dociera wreszcie do tego adoratora zmarłej, który przywiózł jej – oczywiście gratis – szminkę z delegacji zagranicznej. W dodatku adorator zatrudniał się w Zjednoczeniu Przemysłu Chemicznego, a więc w branży, gdzie o cyjanek nie tak trudno. A ten mógł się adoratorowi - nazwiskiem Stecki - przydać. „Był jej satelitą. Zagrożenie nastąpiło dopiero wówczas, gdy dowiedział się, że pani Sosnkowska zamierza rozwieść się z panem [Kazimierzem] i wyjść za mąż za Niewiadomskiego. Postanowił do tego nie dopuścić. Jak wspomniałem, zaopatrywał pańską żonę w kosmetyki. Spreparowanie pomadki z cyjankiem nie przedstawiało dla niego trudności”. Gładko brzmi, ale od razu uprzedzam, że to mylny trop. Pod koniec powieści cyjanek wyskakuje jak diabeł z pudełka. Autorka poszła „na rympał” i źródło pochodzenia trucizny wcisnęła do powieści kolanem. Dzięki temu udało się czytelnika zaskoczyć. Osobiście wolałem, gdy zaskakiwała miąskiem charakterologicznym i obyczajowym, ale nie wybrzydzajmy. To nudne. I nie wypada biadać na marginesie książeczki napisanej z nerwem. Co takie rzadkie.