Zeydler-Zborowski Zygmunt - Gość z Londynu (GC) | Recenzje

Recenzje - Szperacz

Zeydler-Zborowski Zygmunt - Gość z Londynu (GC) •PDF• •Drukuj•
•Ocena użytkowników•: / 1
•Słaby••Świetny• 
  • Autor: Zeydler-Zborowski Zygmunt
  • Tytuł: Gość z Londynu
  • Wydawnictwo: Czytelnik
  • Seria: Z jamnikiem
  • Rok wydania: 1968
  • Nakład: 30280
  • Recenzent: Grzegorz Cielecki



Lena, Lola i niepokój majora

„Gość z Londynu” należy do środkowego okresu twórczości Zborowskiego. Nurt ten składał się w większości z utworów pozbawionych przejrzystej linii konstrukcyjnej. Powieści takie jak: „W kręgu podejrzenia” czy „Inspektor ze Scotland Yardu” (cóż za podobieństwo tytułów), pochodzące także z tego okresu, oparte były na zasadzie: nie ma zbyt dobrego pomysłu, zacznijmy więc od trupa, a potem już się jakoś pogmatwa te 200 stron. Z tego punktu widzenia bardzo celna jest okładka Przemysława Bytowskiego (niezbyt znany autor, spoza zamkniętego kręgu monopolistów w rodzaju Mariana Stachurskigo, czy też państwa Fleischmannów). Czytelnika czeka bowiem labirynt powiązań między podejrzanymi lub potencjalnie podejrzanymi postaciami.

Zaczyna się od zwłok tytułowego gościa z Londynu, znalezionych w garażu państwa Wernerów. Tu ciekawy przyczynek dotyczący trupów w garażu. Po raz pierwszy natknąłem się na ten motyw w „Walterze 45771” Wołowskiego (recenzowałem). Potem trup, a właściwie spora ich liczba (dokładnie nie wiemy, bo są sukcesywnie zabetonowywane) pojawia się „Śmierci i Kowalskim” Kwaśniewskiego.

W tym momencie do akcji wkracza nieoceniony Stefan Downar i prowadzi śledztwo wedle swojego stałego wzorca. Poznaje wszelkie możliwe powiązania między poszczególnymi postaciami – znajomi, rodzina, kuzyni, pociotki itd. Mając kilkanaście postaci i mogąc każdego powiązać z każdym, zaczynamy się gubić. Prawie jak u Chandlera. Tyle że tam o rozwoju akcji decyduje logika wydarzeń, w „Gościu z Londynu” musimy się zaś zadowolić przypadkami i zbiegami okoliczności. Sytuacja pierwsza: na odwrocie rachunku z restauracji „Świtezianka”, do którego dociera Downar, zapisany jest służbowy numer telefonu pułkownika Leśniewskiego – zwierzchnika Downara. Sytuacja druga: Downar natyka się na pewnego dentystę, który posiada w swoim archiwum karty dwóch pacjentów znalezionych przed kilkoma laty w stanie zwęglonym, w samochodzie pod Łowiczem. Szansa, wydawałoby się, jedna na miliard, a jednak Downar ma to szczęście. Sytuacja trzecia: dwa pierścionki znalezione w skrytce samochodu londyńskiego denata zostają przypadkowo rozpoznane przez jedną z epizodycznych bohaterek. Obawiam się, że bez tych przypadków i oczywiście intuicji Downara nie udałoby się tego śledztwa doprowadzić do końca.

Kryminał jest dwutrupowy, co też dość typowe dla autora. Zawsze warto około 120-130 strony ożywić akcję. Rutynowe działania, w rodzaju uderzenia tępym narzędziem w tył głowy (w tym wypadku kastetem) oraz rabunkowy motyw działania przestępców nie dziwią.

W zakresie pomysłowości ten Zborowski zupełnie więc nie zaskakuje, ale czyta się fajnie. Po pierwsze, z uwagi na warstwę obyczajową, która z reguły jest najmocniejszą stroną Zeydlera. Po drugie, dla kilku pięknych zdań, które gdzieś sobie zawsze przycupną. Po trzecie wreszcie, dla tropienia elementów, by tak rzec: knajpiano-gastronomiczno-topograficzych.

Oto garść cytatów obyczajowych, a równocześnie znakomicie charakteryzujących Downara. Książka zaczyna się od powrotu majora z urlopu: Tym razem spędził urlop w Kazimierzu nad Wisłą. Prowadził się wzorowo. Nie palił (normalnie pali – przyp. red.), nie pił, unikał spotkań ze znajomymi, które zazwyczaj kończyły się przy wódce. Porucznik Walczak, kumpel Downara, udziela przyjacielskiej rady: Widzę, Stefanku, że jesteś nie w sosie. Albo znajdź sobie interesującego kociaka, albo weź się do jakiejś roboty. Nietrudno zgadnąć, że wygra zaszczytna postawa obywatelska. Nie bez pewnych oporów oczywiście. Downar musi się bez końca przełamywać i nawet podczas wykonywania czynności służbowych musi co i raz gasić w zarodku odzywające się raz po raz libido. Oto jak Downar zareagował na panią Lenę: Była ładna, miała pełne, zmysłowe usta i ciemne, leciutko skośne oczy. Co to jest, że mnie się teraz każda podoba – pomyślał niespokojnie Downar. Cóż, być może Downar tylko dlatego nie zmienia kobiet jak rękawiczek, że ma fach, który pozwala mu na codzienną sublimację popędu i zapewnia mocną dawkę emocji.

W trakcie śledztwa wstępujemy do kilku lokali. Albo wcześniej byli w nich podejrzani, albo też Downar umawia się z kolejnymi osobami, chcąc uniknąć oficjalności. W „Świteziance” było pełno. Zmęczone ludzkie twarze tonęły w kłębach tytoniowego dymu. Pachniało kiepską kawą i ciastkami. W dalszej kolejności mowa jest o fantastycznym obiedzie w „Grandzie”. Jest również wzmianka o staromiejskim lokalu „Rycerska” i tu pozwolę sobie przytoczyć dialog (chyba najlepszy sznyt Zeydlera w tej powieści) między Downarem a jednym z  podejrzanych: – Gdzieście się spotkali? – Spotkałem ich przypadkowo na Starym Mieście. – I poszliście na wódkę? – A dlaczego nie? W Polsce Ludowej jeszcze nie ma prohibicji. – Gdzieście pili? – W „Rycerskiej”.

Tutaj spieszę nadmienić, że poza obowiązkowym koniakiem w kilku odmianach w „Gościu z Londynu” pija się „Soplicę”. A ponadto: Przybiegła zaintrygowana pani Lola w pretensjonalnej, koronkowej sukni, błyszczącej srebrnymi dżetami. Była zaróżowiona i rozsiewała wokół siebie zapach francuskich perfum i winiaku (po sto dwadzieścia osiem złotych butelka. To drugi znakomity kawałek. Jest także wzmianka o nieistniejącej już „Kameralnej”, a także wstępujemy wraz z Downarem do „Alhambry” (lokal ten pojawia się także m.in. w „Cenie pokusy” Radłowskiego). Downar, zapraszając tam panią Monikę zapewnia, że będzie mogła zjeść tyle ciastek ile się zmieści. O lokalu „Alhambra” nie mam  od pewnego dnia najlepszego zdania. Tu zainteresowanych odsyłam do recenzji z „Ceny pokusy”. Oczywiście mam świadomość, że w ramach klubowych obowiązków trzeba się będzie tam prędzej czy później wybrać. Może uda mi się wówczas zmienić pogląd.

Na zakończenie skoczymy z Downarem na Żoliborz. Tu przy ul. Staffa mieszkała niejaka Rumicka, która zwraca się do Downara słowami słynnego wiersza: Trzeba z żywymi naprzód iść, po życie sięgać nowe. Downar jednak nie idzie na lep Rumickiej twierdząc, że nie zna tego utworu, a i poezji w ogóle raczej nie lubi. Oczywiście nie jestem w stanie w to uwierzyć. Przecież Downar przełamuje się nawet w co drugiej powieści Zborowskiego by pójść z maniakiem, porucznikiem Walczakiem, do filharmonii. Tym razem słuchali Brahmsa.

 

© 2001-2011 Klubowicze - Klub MOrd. Polskie kryminały milicyjne. Klub Kryminalny. Powieść milicyjna, kryminalna i szpiegowska. Kryminał PRL. Morderstwo w PRL.