Sierecki Sławomir - Na pokładzie nie było nikogo | Recenzje

Recenzje - Szperacz

Sierecki Sławomir - Na pokładzie nie było nikogo •PDF• •Drukuj•
•Ocena użytkowników•: / 0
•Słaby••Świetny• 
  • Autor: Sierecki Sławomir
  • Tytuł: Na pokładzie nie było nikogo
  • Wydawnictwo: Wydawnictwo Morskie
  • Seria: seria z Konikiem Morskim
  • Rok wydania: 1979
  • Nakład: 40000
  • Recenzent: Ewa Adamczewska


JEDNOOKI GRUBAS WIRTUOZEM FORTEPIANU?

Po lekturze „Nocnego reportera”, następną książkę autorstwa Sławomira Siereckiego „Na pokładzie nie było nikogo” brałam do ręki z dużymi obawami. Niestety, moje obawy nie okazały się płonne. Wprawdzie Sierecki tym razem znacznie ograniczył liczbę wątków i informacji, w zasadzie do morskich (np. krótka historia niewyjaśnionych wypadków w rejonie Trójkąta Bermudzkiego i opis oryginalnych acz okrutnych obyczajów rozstrzygania trójkątów miłosnych rybaków z Alandów, czy cała litania postaci słynnych korsarzy), ale dla odmiany uraczył czytelników płodami swojej rozbuchanej wyobraźni.
Narratorem jest tu, podobnie jak w „Nocnym reporterze”, dziennikarz z ambicjami do pisarstwa. Bohaterem zaś, cierpiący na nieuleczalną chorobę żeglarz Remigiusz Arystowicz, który przed śmiercią zdecydował się opowiedzieć dziennikarzowi, co mu się przydarzyło podczas samotnego rejsu dookoła świata. Po książce plącze się jeszcze inny żeglarz - młody, z głową pełną ideałów i marzeń - Zbigniew Zachwatowicz, któremu stary morski wyga powierzył sprowadzenie do kraju swego jachtu „Noa Noa” pozostawionego na Martynice.
Dziennikarza interesują sprawy DZIWNE i TAJEMNICZE (tak właśnie pisane - dużymi literami), które wydarzyły się podczas rejsu i Remy, „jak nazywali go przyjaciele” opowiada mu, choć niechętnie i z przerwami spowodowanymi atakami choroby, o tym, jak napotkał koło Barbadosu samotny jacht, na pokładzie którego nie było nikogo oprócz czarnego kota. Melduje o tym władzom po zawinięciu do portu na Barbadosie i płynie dalej. Prawdziwa PRZYGODA (oczywiście także wielkimi literami) zaczyna się jednak dopiero, kiedy żeglarz w drodze powrotnej zatrzymuje się na Martynice i podejmuje próbę wyjaśnienia zagadki opuszczonego jachtu.
Sierecki ucieka się do chwytu literackiego, chyba bardzo go frapującego, bo wspominał już o nim w „Nocnym reporterze”, to znaczy część swego dzieła pisze w pierwszej osobie, a część - właśnie opowieść o wydarzeniach na Martynice - w trzeciej.
Jeśli kogoś interesuje, co się przydarzyło Arystowiczowi na Martynice, niech sięgnie po książkę. Szczerze jednak odradzam. Wprawdzie autor wkłada w usta młodego Zygi („jak nazywają go przyjaciele”) Zachwatowicza taką oto opinię: „To brzmi jak fikcyjna historia, trochę przypominająca Londonowską «Przygodę», ożenioną z powieściami Fleminga o superagencie 007”, ale zaręczam, że ten „mariaż” jest wyjątkowo ciężkostrawny, a talent literacki pana Siereckiego znacznie odbiega od talentu wymienionych pisarzy. Może tylko rozbuchaną wyobraźnią ich przerasta, bo wątpię, aby wyobraźnia Londona lub Fleminga, nawet razem wziętych, pozwoliła im w jednej krótkiej opowieści pomieścić: ukrytą na samotnej wysepce rezydencję w stylu kolonialnym, jednookiego tajemniczego grubasa - wirtuoza fortepianu, skarb - zagrabiony w ostatnich dniach wojny przez kilku hitlerowców i ukryty gdzieś w skalistych zatoczkach, zemstę po latach oszukanych wspólników, a jakby tego jeszcze było mało, czarownika voodu z Haiti i dwie piękne kobiety, w tym jedną narkomankę. Z tego nagromadzenia niezwykłości nic zresztą nie wynika, bo Remy opuszcza wysepkę przed rozwiązaniem zagadki.
W dalszej części książki (znowu pisanej w pierwszej osobie), Zygi wyrusza na Martynikę po jacht „Noa Noa”. Dziennikarz z listu Zachwatowicza dowiaduje się, że ten na miejscu zabawił się w detektywa i sprawdził fakty podane przez Arystowicza. Okazało się, że cała opowieść o wydarzeniach na Martynice jest nieprawdziwa. Indagowany przez dociekliwego żurnalistę umierający żeglarz wyznaje, dlaczego skłamał i po co wymyślił tę historię.
W kolejnym liście do dziennikarza Zachwatowicza, tym razem z Barbadosu, Zygi, załamany postępkiem Arystowicza, pisze: „Remy był moim idolem - wszystko, co wiedziałem o nim, było piękne i szlachetne. Co mam począć z moją wyobraźnią, z moimi ideałami? Chcę tu jeszcze trochę się pokręcić, a potem rozpoczynam mój wielki rejs. Już bez marzeń...”
Autor jednak nie pozwolił mu daleko dopłynąć. Dziennikarz w dwa tygodnie po otrzymaniu listu od Zachwatowicza natrafił w prasie na notkę o znalezieniu na morzu w okolicach Barbadosu jachtu „Noa Noa”. „Na pokładzie nie było nikogo...” Remy, szczęśliwie, zmarł i nie dowiedział się o zaginięciu Zygi.
Ale fajne zakończenie, no nie? Zupełnie tak samo zaskakujące i intrygujące, jak w „Nocnym reporterze”. I podobnie, jak w „Nocnym” autor inkrustuje tekst zwrotkami piosenek. Sierecki wyraźnie ma swoje ulubione chwyty literackie i do nich się w swej „twórczości” ogranicza.
 

© 2001-2011 Klubowicze - Klub MOrd. Polskie kryminały milicyjne. Klub Kryminalny. Powieść milicyjna, kryminalna i szpiegowska. Kryminał PRL. Morderstwo w PRL.